Dwa komplety pościeli, identyczne, w szare trzylistne koniczynki.
Satynowy dotyk czuły na prędkość ucieczki galaktyk.
Prześcieradła pamiętające ekspozję supernowej. Jeszcze raz. Jeszcze raz.
Pamięć udaje, że śpi. Mruży powieki, rozchyla usta, serce pompuje poza rytm.
I nic już nie stygnie. Nic.
Dziewczyna o granatowych oczach chłodzi uda na parapecie.
Dziurawe pończochy, blada czerń.
Szpilki niedbale rzucone pod kaloryfer.
Plejady włosów, kurz i róż.
Ambrozja, lete, mleko i miód.
Obraz chwieje się na moment.
Kołysze się w stiukowych drżących ramach .
Koliber tańczący w ddżu.
Dziewczyna o granatowych oczach złapała oddach i teraz lśni.
Ocieka nektarem z ulicy znajd, zapach ulotny znad powiek.
Zapach ulotny znad brwi.
Śmiechy na klatkach schodowych. Śmiechy spod cudzych drzwi.
Gonitwy po piwnicach, zakurzone barykady.
Walki bokserskie o pas Oriona.
Drewniane, próchniejące morze, łańcuchy słonych fal.
Dziewicze kłódki, klucze pachnące rdzą i trawą.
Mandarynkowe kieszenie.
Okna w sypialni porywanej przez zimową powódź.
Framugi spoza wymiaru, amarantowy świt.
Dwa słońca, Krakowski Biały Prądnik. Za słodka kawa, papieros. Szczyt.
Jej granat oczu skrzy się w cień. Pajęcze strofy łamią kąty.
Sztalugi w rui, wyschnięte gwasze.
Ciężkie drzwi wyważane przez wiatr.
Szron na powiekach, śnieg w ustach.
Szadź na języku. Pomniki z mchu.
Gołoledź pod skronie, gołoledź we krwi.
Nie parzy już nic i nie lśni już nic.
Pogasły latarnie, zamarzły morza.
Oceany ciężkie od kier krwi.
Gonitwy po piwnicach, zakurzone barykady.
Walki bokserskie o pas Oriona.
Drewniane, próchniejące morze, łańcuchy słonych fal.
Dziewicze kłódki, klucze pachnące rdzą i trawą.
Mandarynkowe kieszenie.
Okna w sypialni porywanej przez zimową powódź.
Framugi spoza wymiaru, amarantowy świt.
Dwa słońca, Krakowski Biały Prądnik. Za słodka kawa, papieros. Szczyt.
Jej granat oczu skrzy się w cień. Pajęcze strofy łamią kąty.
Sztalugi w rui, wyschnięte gwasze.
Ciężkie drzwi wyważane przez wiatr.
Szron na powiekach, śnieg w ustach.
Szadź na języku. Pomniki z mchu.
Gołoledź pod skronie, gołoledź we krwi.
Nie parzy już nic i nie lśni już nic.
Pogasły latarnie, zamarzły morza.
Oceany ciężkie od kier krwi.