sobota, 17 lutego 2018

Wszystkie te



Wszystkie te przyjęcia niespodzianki, mokre kłujące łodygi, resztki tortów, sałatek i chleba na poplamionych obrusach.
Poprzewracane krzesła, zgarbione w cieniu kontury perfumowanych foteli.
Ciepłe kolory oddychających ekranów w pustych pokojach.
Wszystkie te elektryczne muśnięcia.
Wszystkie te sflaczałe baloniki z napisem "love", serduszka wymięte na serwetkach.
Wszystkie te echa na w pół urwanych zdań. Wyznań po kryjomu, szeptów i uśmiechów.
Obce i dzikie smaki przy pocałunkach. Dotyki jak sople, dotyki jak ogień.
Wina rozlane po parkietach. Niedopałki, wstążeczki, kokardki, oszminkowane ranty kieliszków.
Wiśniowe ślady na szyjkach butelek.
Wszystkie te przemilczane szkopuły, zawody i niedoszłe doszłe zdrady.
Wszystkie te pochmurności, płonące koniki na biegunach, rozbłyski w szaromiętowcyh grzywach.

Wszystkie te drzemki pod urwiskami. Wydmowe labirynty.
Stopy zapadające się w miękkim plażowym piachu, pogonie za latawcami.
Pogonie przy dopingu mew.
Motyle w oczach, motyle przelatujące między kolanami.
Kosze, parawany, słony oddech.
Wszystkie te neonowe, ruchome, żywe ściany.
Cyfrowe ciepłe kwiaty, lustrzane poręcze, srebrne aleje.
Potowa rosa na zamszowych ścianach dancefloorow.
Dźwięk dochodzący do wnętrza. Dźwięk unoszący brwi.
Blask spływający po parkietach, czerwone dywany ze szkła.
Wszystkie te ostatnie oddechy, licząc kroki, żeby nie usnąć.
Wszystkie te powroty nad ranem, marnotrawne.
Niosąc się do domu, który przez moment był.
Suchośc w gardle, włosy śmierdzące przedziałem 2 klasy.
I ktoś kto otwiera drzwi.

już

Wilgotna i nienażarta pochłaniam jaskrawość. Chłodem wyostrzam świty. Wycieram się o zmierzch. Ostatnie zdjęcie przed spadaniem. Otwarta przesłona i w dół.
Imię mam niechciane, mylą mnie z podmianą.
Twarz pomarszczona, sucha jak szorstkie kacie dłonie.
Pogubię niczyjośc na wszystkie sposoby. Powiedz tylko "już".
Rozpadnę się talią wymiętych kart, w puste perony, w żelazne mgły. Na tory krwawiące mrozem.
Lokomotywy stygnące kamieniem i rdzą.
Zamarzają spocone, gdy mosty gną się i drżą.
Oplute łzy udają bursztyny, ktoś je na podeszwach przyniósł aż tu. Rozdeptane w psim gównie. Szary jest proch z nich.
Powiedz "już".
Porozrzucam siebie jak suchy chleb w trzewia gołębie, benzynowe.
Potem zobaczysz jak spadają, tłuste, jeszcze ciepłe, w oczy otwarte jak czarne dziury.
W matowe pustki pierzastych wydm. Resztki, z których się lepi dom.
Jestem tu resztą, którą się pomija. Z którą myli się tło
Matkuję przedłużonym rozstaniom.
Celebruję mit.
To świetna zabawa. Lepsza od drażnienia huśtawek. W środku nocy, gdy zima szczerbata gwiżdże.
Powiedz tylko "już".
Porwę latawce donikąd. Wytrącę je z dłoni pozbawionych drzwi.
Wraki zawyją z bólu. Chłostane wiatrem., Uwiję na nie bicze z fal.
Wyplotę powrozy z pustych sieci. A jachty plugawe spłoną.
Jestem nagła, ale skryta.
Uwieszona u jej powiek. Opleciona wokół jego serca.
Martwi są bardziej plastyczni od swoich wynalazków.
Powiedz tylko "już".

komemoracja

Iskry znad głów, iskry w snach, pegazy na wykładzinie, pegazy na tapecie.
Dwa komplety pościeli, identyczne, w szare trzylistne koniczynki.
Satynowy dotyk czuły na prędkość ucieczki galaktyk.
Prześcieradła pamiętające ekspozję supernowej. Jeszcze raz. Jeszcze raz.
Pamięć udaje, że śpi. Mruży powieki, rozchyla usta, serce pompuje poza rytm.
I nic już nie stygnie. Nic.
Dziewczyna o granatowych oczach chłodzi uda na parapecie.
Dziurawe pończochy, blada czerń.
Szpilki niedbale rzucone pod kaloryfer.
Plejady włosów, kurz i róż.
Ambrozja, lete, mleko i miód.
Obraz chwieje się na moment.
Kołysze się w stiukowych drżących ramach .
Koliber tańczący w ddżu.
Dziewczyna o granatowych oczach złapała oddach i teraz lśni.
Ocieka nektarem z ulicy znajd, zapach ulotny znad powiek.
Zapach ulotny znad brwi.

Śmiechy na klatkach schodowych. Śmiechy spod cudzych drzwi.
Gonitwy po piwnicach, zakurzone barykady.
Walki bokserskie o pas Oriona.
Drewniane, próchniejące morze, łańcuchy słonych fal.
Dziewicze kłódki, klucze pachnące rdzą i trawą.
Mandarynkowe kieszenie.
Okna w sypialni porywanej przez zimową powódź.
Framugi spoza wymiaru, amarantowy świt.
Dwa słońca, Krakowski Biały Prądnik. Za słodka kawa, papieros. Szczyt.
Jej granat oczu skrzy się w cień. Pajęcze strofy łamią kąty.
Sztalugi w rui, wyschnięte gwasze.
Ciężkie drzwi wyważane przez wiatr.
Szron na powiekach, śnieg w ustach.
Szadź na języku. Pomniki z mchu.
Gołoledź pod skronie, gołoledź we krwi.
Nie parzy już nic i nie lśni już nic.
Pogasły latarnie, zamarzły morza.
Oceany ciężkie od kier krwi.