środa, 26 sierpnia 2026

mój manifest

Jestem produktem błędu w obliczeniach historii. Urodziłem się w kraju, który jest cmentarzem idei, w czasie, gdy betonowe bloki miały uczyć nas dyscypliny, a szarość była jedynym dopuszczalnym kolorem prawdy. Moje pierwsze czterdzieści dziewięć lat to lekcja wielkiego rozczarowania. Przeszłość nie jest dla mnie fundamentem – jest gnilnym osadem, z którego wyrastają nasze lęki. Patrzę na nią jak na zbiór przedmiotów porzuconych w pustym pokoju: stara szklanka, kurz na parapecie, echo kroków w korytarzu, który prowadzi donikąd. Przeszłość to sen chorego psa, w którym każdy szczegół wydawał się kluczowy, a jednak cały obraz był tylko pustym gestem w teatrze cieni.

Teraźniejszość to wielki, kolorowy cyrk zbudowany na bagnie. Żyjemy w epoce cyfrowego bełkotu, gdzie wolność została zredukowana do wyboru marki smartfona, a anarchia stała się produktem marketingowym. Jestem nihilistą, który odnajduje jedyną dostępną prawdę w kruchych, banalnych momentach. Moja poezja nie opisuje świata – ona przeprowadza jego sekcję. Rozcinam tkankę codzienności, by sprawdzić, co kryje się pod spodem: czy jest tam jeszcze serce, czy tylko mechanizm zardzewiałych trybów i cisza, która dzwoni w uszach. Szukam tego jednego, drżącego punktu, w którym zwykły przedmiot – klucz, guzik, cień na ścianie – nagle pęka i wylewa się z niego surrealistyczny potok, zmieniając salon w bezkresny ocean, a spacer po mieście w wędrówkę po mapie, której nikt nie narysował.

Przyszłość? Przyszłość to horyzont, który płonie. Nad nami wisi cień wschodniego mroku, widmo wojny z Rosją, która nie jest tylko konfliktem granic, ale starciem dwóch rodzajów nicości: zorganizowanego barbarzyństwa z naszym zdezorientowanym przerażeniem. Jeśli przyjdą, niech przyjdą. Jeśli niebo zamieni się w stalowy deszcz, a miasta w geometryczne cmentarzyska, będę stał na dachu z parasolem zrobionym z gazet, recytując wiersze do głuchych bogów. Wojna jest ostatecznym aktem surrealizmu – momentem, w którym śmierć staje się jedyną namacalną walutą, a wszystkie nasze hierarchie, paszporty i tytuły stają się tak samo bezużyteczne jak zeszłoroczny śnieg. W obliczu ognia, jedyną wartością pozostaje precyzyjnie dobrany przymiotnik i ta szczególna, bolesna cisza, która zapada tuż przed uderzeniem.

Nie szukam ratunku, bo nie ma dokąd uciekać. Nie szukam zwycięstwa, bo każde zwycięstwo jest tylko nowym łańcuchem. Moją jedyną bronią jest śmiech z otchłani i język, który nie służy do komunikacji, lecz do rozrywania zasłon. Chcę pisać tak, by czytelnik poczuł, że grawitacja jest tylko sugestią, a państwo – złośliwym żartem.

Jestem czterdziestodziewięcioletnim zerem. Jestem poetą nicości, który w każdym pęknięciu tynku widzi bramę do innego wymiaru. Jestem wolny, ponieważ nie wierzę w nic, a moja wyobraźnia jest jedynym terytorium, którego żadna armia nie zdoła podbić, bo nie istnieje ono na żadnej mapie.


Koniec. Albo początek. To bez różnicy.

piątek, 10 lipca 2026

zerwany

gubię drogę do domu 

zamiast za cieniem 

po swoich śladach 


bezoki konik 

z zepsutej karuzeli

blady na słońcu

w deszczu próchnieje

 

słyszę jak kroją 

z kurtyn mundury

a w szklane rakiety 

tankują krew 


niedziela, 7 czerwca 2026

kopią studnie we mnie
w blasku porzuconego słońca 
zatrute strzały poszły górą 
jak dzikie gęsi 
klucząc

widziałem jak pod wodą 
wesołe miasteczka 
w tunelach
place zabaw pod ziemią 

tak ciche












czwartek, 28 maja 2026

nie zbudowałem domu
w domach przy firankach
więdną wystraszone dzieci 
 
nie spłodziłem syna
ojcowie znikają na zawsze 
pod swoimi czarodziejskimi płaszczami  
 
nie posadziłem drzewa
wszystkie położą się
pod ostatnim wydechem
z płonącej paszczy smoka

ratuję się przed spadaniem 
każdym ruchem skrzydeł 



wtorek, 12 maja 2026

Pani Jeziora

chodź do mnie 
chodź 
za tobą zwiędłe 
ściele drogę do brzegu 

wejdź głębiej wejdź 
w ruchomych cichościach
słyszysz jak oddycham

popłyniesz w ciemność 
wreszcie 

będę huśtać się pod tobą 
tłumiąc eksplozje
podwodnych miłości 

czwartek, 16 kwietnia 2026



nie wyjdą z lasów już 
jak z procy wystrzelić się 
przez tory
zaświecą dla nich 
wilcze oczy

będą wpatrywać się w siebie
dopóki noc
syren już się nie boją 

a w górze sterowce
w ślizgu przez zaspy niebieskie
kołyszą ciałami podróżnych 

świetliki w słoiku po dżemie 







środa, 4 lutego 2026

syczy skóra na dłoniach
popiół pod paznokciami 
próbowałem złapać dzwony 
w pożarach się urywają 

łapałem płonące strzały
tuż przed czołami 
niebezpiecznych piękności 

wszystkie miały otwarte oczy

przeczekam pod bruzdą korony
w rozdarciu płaszcza się schowam
bo to nie ogień zerwał ten dzwon
a jego rozhuśtane serce




piątek, 2 stycznia 2026

nie odejdziemy daleko
ale przestaniemy już znaczyć sobą 
farbować na zaspach i wydmach
tropieni przez wystraszonych

idą noce
gdy w złocistych smugach szperaczy 
śnieg schowa nasze ślady
a my będziemy 
unosić się tuż obok
trzymać się za ciepłe ręce 
oddychać jakbyśmy spali


sobota, 27 grudnia 2025

nic już się nie śni 
pod neonową kopułą  
powietrza brakuje
na echa
ściany w pochyle
w wiecznym tąpnięciu
przewrócą życia na plecy 
o odpowiedniej porze
popsute mleko drogi
zaleje gwiazdy i już 
nie poparzą 
spadną skruszone 
w otwarte oczy
czasze parasoli
śpiące trzmiele




niedziela, 21 grudnia 2025

bez poręczy

nie opuścisz gniazd 
których nie ma
kołysek w śniegu 
nieruchomych 

zbiegam po oblodzonej 
górze czarodziejskiej schodów 
próbując złapać boga
który mnie wypluł zimnego











piątek, 12 grudnia 2025

w tunele

prawdopodobnie
rozgniata nas teraz
jak muchy
na jeszcze ciepłych ekranach
na czołach podziemnych kolei
w gwiździe syrenim 

w tunele