Jestem produktem błędu w obliczeniach historii. Urodziłem się w kraju, który jest cmentarzem idei, w czasie, gdy betonowe bloki miały uczyć nas dyscypliny, a szarość była jedynym dopuszczalnym kolorem prawdy. Moje pierwsze czterdzieści dziewięć lat to lekcja wielkiego rozczarowania. Przeszłość nie jest dla mnie fundamentem – jest gnilnym osadem, z którego wyrastają nasze lęki. Patrzę na nią jak na zbiór przedmiotów porzuconych w pustym pokoju: stara szklanka, kurz na parapecie, echo kroków w korytarzu, który prowadzi donikąd. Przeszłość to sen chorego psa, w którym każdy szczegół wydawał się kluczowy, a jednak cały obraz był tylko pustym gestem w teatrze cieni.
Teraźniejszość to wielki, kolorowy cyrk zbudowany na bagnie. Żyjemy w epoce cyfrowego bełkotu, gdzie wolność została zredukowana do wyboru marki smartfona, a anarchia stała się produktem marketingowym. Jestem nihilistą, który odnajduje jedyną dostępną prawdę w kruchych, banalnych momentach. Moja poezja nie opisuje świata – ona przeprowadza jego sekcję. Rozcinam tkankę codzienności, by sprawdzić, co kryje się pod spodem: czy jest tam jeszcze serce, czy tylko mechanizm zardzewiałych trybów i cisza, która dzwoni w uszach. Szukam tego jednego, drżącego punktu, w którym zwykły przedmiot – klucz, guzik, cień na ścianie – nagle pęka i wylewa się z niego surrealistyczny potok, zmieniając salon w bezkresny ocean, a spacer po mieście w wędrówkę po mapie, której nikt nie narysował.
Przyszłość? Przyszłość to horyzont, który płonie. Nad nami wisi cień wschodniego mroku, widmo wojny z Rosją, która nie jest tylko konfliktem granic, ale starciem dwóch rodzajów nicości: zorganizowanego barbarzyństwa z naszym zdezorientowanym przerażeniem. Jeśli przyjdą, niech przyjdą. Jeśli niebo zamieni się w stalowy deszcz, a miasta w geometryczne cmentarzyska, będę stał na dachu z parasolem zrobionym z gazet, recytując wiersze do głuchych bogów. Wojna jest ostatecznym aktem surrealizmu – momentem, w którym śmierć staje się jedyną namacalną walutą, a wszystkie nasze hierarchie, paszporty i tytuły stają się tak samo bezużyteczne jak zeszłoroczny śnieg. W obliczu ognia, jedyną wartością pozostaje precyzyjnie dobrany przymiotnik i ta szczególna, bolesna cisza, która zapada tuż przed uderzeniem.
Nie szukam ratunku, bo nie ma dokąd uciekać. Nie szukam zwycięstwa, bo każde zwycięstwo jest tylko nowym łańcuchem. Moją jedyną bronią jest śmiech z otchłani i język, który nie służy do komunikacji, lecz do rozrywania zasłon. Chcę pisać tak, by czytelnik poczuł, że grawitacja jest tylko sugestią, a państwo – złośliwym żartem.
Jestem czterdziestodziewięcioletnim zerem. Jestem poetą nicości, który w każdym pęknięciu tynku widzi bramę do innego wymiaru. Jestem wolny, ponieważ nie wierzę w nic, a moja wyobraźnia jest jedynym terytorium, którego żadna armia nie zdoła podbić, bo nie istnieje ono na żadnej mapie.
Koniec. Albo początek. To bez różnicy.