spocona jak lokomotywa
suniesz
pod dachy peronów
jak pszczoła do królowej
w żelazne plastry
ołowiu
masz łzy o smaku
lustra
po dzikim lecie
nigdzie
i pachniesz jak las nocą
i sprawdzasz make up
w windzie
mam miejsce dla ciebie
w domku dla lalek
będę cię co noc
ubierać do snu
jesteś jak ogień
z trzewi galaktyk
jesteś jak
płytki grób
to nie ja
zrywam klepsydry
w mieście
zakazanej miłości
codziennie gubię tu
bilet na prom
portfel
i dowód
jeszcze się niebo
po sztormie kołysze
w pohuku rozdarte
utonie
pod paznokciami
pył gwiezdny został
znajdą go na sam
koniec
wulgarna martwa kobieta
przechodzi przez ściany przedpokoju
nad ranem słońce udaje kamień
i żadne bieguny i żaden konik
usłyszy jak milczę
niczego się nie boję
najbardziej jej psów i śliny
więc nie wchodzi mi w drogę
nic już nie czuję
ale przed burzą
pocę
po nocy
odpadają
łuski pirani
jestem w piorunie
pod nim i nad nim
uderzam w siebie
na pamięć