środa, 4 lutego 2026

syczy skóra na dłoniach
popiół pod paznokciami 
próbowałem złapać dzwony 
w pożarach się urywają 

łapałem płonące strzały
tuż przed czołami 
niebezpiecznych piękności 

wszystkie miały otwarte oczy

przeczekam pod bruzdą korony
w rozdarciu płaszcza się schowam
bo to nie ogień zerwał ten dzwon
a jego rozhuśtane serce




piątek, 2 stycznia 2026

nie odejdziemy daleko
ale przestaniemy już znaczyć sobą 
farbować na zaspach i wydmach
tropieni przez wystraszonych

idą noce
gdy w złocistych smugach szperaczy 
śnieg schowa nasze ślady
a my będziemy 
unosić się tuż obok
trzymać się za ciepłe ręce 
oddychać jakbyśmy spali


sobota, 27 grudnia 2025

nic już się nie śni 
pod neonową kopułą  
powietrza brakuje
na echa
ściany w pochyle
w wiecznym tąpnięciu
przewrócą życia na plecy 
o odpowiedniej porze
popsute mleko drogi
zaleje gwiazdy i już 
nie poparzą 
spadną skruszone 
w otwarte oczy
czasze parasoli
śpiące trzmiele




niedziela, 21 grudnia 2025

bez poręczy

nie opuścisz gniazd 
których nie ma
kołysek w śniegu 
nieruchomych 

zbiegam po oblodzonej 
górze czarodziejskiej schodów 
próbując złapać boga
który mnie wypluł zimnego











piątek, 12 grudnia 2025

w tunele

prawdopodobnie
rozgniata nas teraz
jak muchy
na jeszcze ciepłych ekranach
na czołach podziemnych kolei
w gwiździe syrenim 

w tunele


czwartek, 11 grudnia 2025

kałuże nie chcą schnąć 
w oddechu supernowej
wszechświaty porzucone
mieszają się z błotem na podeszwach

równolegle nie dotknie mnie już nic
cudza wina cudzy strach cudzy koniec
przez chwilę poza zasięgiem 
będę jak ptak pod wodą 
niesiony przez odpływ 
do domu









sobota, 6 grudnia 2025

uciec nam trzeba

kochanie 

póki nam się jeszcze 

ramion mosty zwodzą 

póki oddech rzeźbi w ustach

póki krew w nas

sztormuje


z cudzych nieb wypluci


uciec nam trzeba

kochanie 

czwartek, 4 grudnia 2025

jak po kocim półśnie
gną się grzbiety fal
gdy w toń zamgloną 
ostatnich zwołują

a w światłach portowych
śnieży perłami 

na pokład trzeszczący 
jak dachy wiatraków 

środa, 26 listopada 2025

rozbiegam
rozpędzam 
do lotu się wzbić 
bez przerwy
nareszcie 
bez końca 

na słonych jej oczu 
niespokojnych jeziorach
od tafli jej serca 
dymionego szkła 

słowa jak cygańskie konie 
same się pętają 
w cichym śniegu 

piątek, 14 listopada 2025

jesień komety

chmurne nieba
zaciąga kometa
oczko w pończosze 
śpiącej kochanki

do wilgotnych ust 
jesiennych framug
orzech roztańczony 
stare ramiona zbliża 

gubi liście 
jak dzieci klucze do domu

poniedziałek, 3 listopada 2025

...

wciąż pachniesz ciepłym deszczem 

na bezwietrzu 

w półmroku

rozżarzona


popatrz


port się w dole nam wyświetla

płonące jachty 

jak napisy końcowe