moment, kiedy wszystko się zatrzymuje
jak przed znakiem STOP
przekrzywionym przez kolejny orkan
nazwany imieniem wielkiej miłości
synoptyka
albo wielkiej nienawiści
synoptyka
nie złapiesz nic przy takim wietrze
nie utrzymasz nic przy takim deszczu
w głośnikach piosenki o ogniu
wycieraczki nie nadążają
reflektory parują
obmywane z muszych zwłok
moment, kiedy wszystko cię zatrzymuje
gdy ona otworzyła po raz pierwszy oczy
ty swoje już chciałeś zamknąć
ćwierć wieku upokorzeń
potem rozmawiacie o pogodzie
i patrzycie na swoje mokre głodne szyje
czwartek, 27 września 2018
środa, 19 września 2018
widnokręgi
widnokręgi jak wachlarze
rozchylasz, aż rozerwiesz
a w te rozdarcia zaraz zlatują się
komety, gwiazdy, wulkaniczne planety bez mórz,
ogony insektów dryfujących w ogniu
szczurze pląsy do rana, zimne muśnięcia
przebłyski, wściekłe kły, manekiny bez oczu
szare pląsy, potem brunatne, bez błysku
tylko szuranie i syk
bezwładne i kwaśne
podłogi usiane kurzem i złotem głupców
jaśniejsze miejsca po wyważonych drzwiach
futryny okien porwane przez wielką wodę
ocyganione serca zamiast kukułek
w niemych zegarach wiszących krzywo
obok ślubnych zdjęć przystrojonych kirem
ledwo, zaledwie, prawie wcale, niemal zupełnie nie
bim bam bom, tyk tyk tyk
tylko spróbuj tego znowu
a pożałujesz
rozchylasz, aż rozerwiesz
a w te rozdarcia zaraz zlatują się
komety, gwiazdy, wulkaniczne planety bez mórz,
ogony insektów dryfujących w ogniu
szczurze pląsy do rana, zimne muśnięcia
przebłyski, wściekłe kły, manekiny bez oczu
szare pląsy, potem brunatne, bez błysku
tylko szuranie i syk
bezwładne i kwaśne
podłogi usiane kurzem i złotem głupców
jaśniejsze miejsca po wyważonych drzwiach
futryny okien porwane przez wielką wodę
ocyganione serca zamiast kukułek
w niemych zegarach wiszących krzywo
obok ślubnych zdjęć przystrojonych kirem
ledwo, zaledwie, prawie wcale, niemal zupełnie nie
bim bam bom, tyk tyk tyk
tylko spróbuj tego znowu
a pożałujesz
wtorek, 18 września 2018
...
nie może być nic bardziej nostalgicznego
niż spłukiwanie z siebie jeziora
gdy lato w końcu odchodzi
na pół otwarte zielone sukienki
umorusane rzęsą i suchym wiatrem
już dawno zapomniana bladość ud
piegowate są teraz od nadmiaru słońca
widziałem dziś cztery światy
w piątym gromadzę zapasy na zimę
ale po drodze jest jesień
najpiękniejsza tu
tu najpiękniejsza
zawsze ostatnia
w przedostatnią sobotę lata
wszystko na chwilę się zatrzymało
i zrozumiałem, że nie muszę już rozumieć
wybaczać, uśmiechać się i trzymać broni pod kluczem
chciałem o tym komuś opowiedzieć
ale zamknęliby mnie razem z nimi
chciałem o tym napisać piosenkę
ale jestem za daleko
niż spłukiwanie z siebie jeziora
gdy lato w końcu odchodzi
na pół otwarte zielone sukienki
umorusane rzęsą i suchym wiatrem
już dawno zapomniana bladość ud
piegowate są teraz od nadmiaru słońca
widziałem dziś cztery światy
w piątym gromadzę zapasy na zimę
ale po drodze jest jesień
najpiękniejsza tu
tu najpiękniejsza
zawsze ostatnia
w przedostatnią sobotę lata
wszystko na chwilę się zatrzymało
i zrozumiałem, że nie muszę już rozumieć
wybaczać, uśmiechać się i trzymać broni pod kluczem
chciałem o tym komuś opowiedzieć
ale zamknęliby mnie razem z nimi
chciałem o tym napisać piosenkę
ale jestem za daleko
poniedziałek, 10 września 2018
make up
dziewczyna w półmroku
balkon pod Jowiszem
jej oczy błyszczą rześkie
dziewczyna w tańcu
wygięta w półksiężyc
jej usta błyszczą wilgotne
dziewczyna w taksówce
wpatrzona w morze
ginące za drzewami
dziewczyna w rozmazanym makijażu
balkon pod Jowiszem
jej oczy błyszczą rześkie
dziewczyna w tańcu
wygięta w półksiężyc
jej usta błyszczą wilgotne
dziewczyna w taksówce
wpatrzona w morze
ginące za drzewami
dziewczyna w rozmazanym makijażu
sobota, 25 sierpnia 2018
przeżute
drzewa tak tańczą
posłuszne ramiona
drżące kolana w paproci
jeszcze bardziej
jeszcze bliżej
wilgotne ciepłe
rozchylone niebo
gdy wszystkie mapy spłonęły
podziurawione przez morze
bezgłośne słone i blade
kotwice pączkują w mule
nici wirują w fastrygi galaktyk
przeżute
posłuszne ramiona
drżące kolana w paproci
jeszcze bardziej
jeszcze bliżej
wilgotne ciepłe
rozchylone niebo
gdy wszystkie mapy spłonęły
podziurawione przez morze
bezgłośne słone i blade
kotwice pączkują w mule
nici wirują w fastrygi galaktyk
przeżute
wtorek, 21 sierpnia 2018
Las
Chciałbym nosić czapkę z daszkiem 'dunlop'. Chciałbym kochać samochody i wyścigi.
Chciałbym mlaskać bułkę z kiełbasą w smarze i mówić częściej 'kurwa'. Chciałbym wyrywać dupy na podmiejskich dyskotekach i często po wódce wychodzić na solo... Albo przynajmniej mieć jacht i dzięki koce oferować widoczki, tępym żoneczkom spuszczonym ze smyczy,
Wyjadam resztki ze stołu babci, kobietom ciężarnym nie patrzę w oczy i rozkoszuje się efektami nowego patentu na kawe nierozpuszczalną.
Jestem zubożałym arystokratą z prozy wczesnokapitalistycznej, który nie chcę słyszeć żadnych złych wieści.
Współczując zawsze bardziej Izabelli niż Stasiowi.
Zasiałaś we mnie cudny las. Teraz płonie. Coraz bliżej basenów.
Chciałbym mlaskać bułkę z kiełbasą w smarze i mówić częściej 'kurwa'. Chciałbym wyrywać dupy na podmiejskich dyskotekach i często po wódce wychodzić na solo... Albo przynajmniej mieć jacht i dzięki koce oferować widoczki, tępym żoneczkom spuszczonym ze smyczy,
Wyjadam resztki ze stołu babci, kobietom ciężarnym nie patrzę w oczy i rozkoszuje się efektami nowego patentu na kawe nierozpuszczalną.
Jestem zubożałym arystokratą z prozy wczesnokapitalistycznej, który nie chcę słyszeć żadnych złych wieści.
Współczując zawsze bardziej Izabelli niż Stasiowi.
Zasiałaś we mnie cudny las. Teraz płonie. Coraz bliżej basenów.
W skoku
Mam ochotę na cynamonową Ciebie.
Mrużę oczy prawie zawsze, zamiast cekinów - rybie głowy, zamiast Twojego "będe nieznośna" - szczekanie odpustowego bębenka, szum piwnic przystrojonych kurzem i trutką. Jestem w skoku marcowych dachowców, piję z kałuż razem z nimi, wybaczam wszystko, bo czerpię z tego jeszcze przyjemność. Mam ochotę na cynamonową ciebie, więc zrób co masz do zrobienia, nie dam ci klucza, zapomnij o dzwonku. dobrze wiem, że przepłyniesz bezszelestnie przez moje drzwi. Co masz zrobić - zrób to szybko. I chodź.
Na czarno i złoto. Nigdy na próżno. I pamiętaj - tutaj to jest przestępstwo.
Upij się na kochanie całego świata. sprzedaj mi teorię, że świat jest dobry i piękny. carlo rossi - kalifornia - autostrady bez końca.
Mrużę oczy prawie zawsze, zamiast cekinów - rybie głowy, zamiast Twojego "będe nieznośna" - szczekanie odpustowego bębenka, szum piwnic przystrojonych kurzem i trutką. Jestem w skoku marcowych dachowców, piję z kałuż razem z nimi, wybaczam wszystko, bo czerpię z tego jeszcze przyjemność. Mam ochotę na cynamonową ciebie, więc zrób co masz do zrobienia, nie dam ci klucza, zapomnij o dzwonku. dobrze wiem, że przepłyniesz bezszelestnie przez moje drzwi. Co masz zrobić - zrób to szybko. I chodź.
Na czarno i złoto. Nigdy na próżno. I pamiętaj - tutaj to jest przestępstwo.
Upij się na kochanie całego świata. sprzedaj mi teorię, że świat jest dobry i piękny. carlo rossi - kalifornia - autostrady bez końca.
sobota, 17 lutego 2018
Wszystkie te
Wszystkie te przyjęcia niespodzianki, mokre kłujące łodygi, resztki tortów, sałatek i chleba na poplamionych obrusach.
Poprzewracane krzesła, zgarbione w cieniu kontury perfumowanych foteli.
Ciepłe kolory oddychających ekranów w pustych pokojach.
Wszystkie te elektryczne muśnięcia.
Wszystkie te sflaczałe baloniki z napisem "love", serduszka wymięte na serwetkach.
Wszystkie te echa na w pół urwanych zdań. Wyznań po kryjomu, szeptów i uśmiechów.
Obce i dzikie smaki przy pocałunkach. Dotyki jak sople, dotyki jak ogień.
Wina rozlane po parkietach. Niedopałki, wstążeczki, kokardki, oszminkowane ranty kieliszków.
Wiśniowe ślady na szyjkach butelek.
Wszystkie te przemilczane szkopuły, zawody i niedoszłe doszłe zdrady.
Wszystkie te pochmurności, płonące koniki na biegunach, rozbłyski w szaromiętowcyh grzywach.
Wszystkie te drzemki pod urwiskami. Wydmowe labirynty.
Stopy zapadające się w miękkim plażowym piachu, pogonie za latawcami.
Pogonie przy dopingu mew.
Motyle w oczach, motyle przelatujące między kolanami.
Kosze, parawany, słony oddech.
Wszystkie te neonowe, ruchome, żywe ściany.
Cyfrowe ciepłe kwiaty, lustrzane poręcze, srebrne aleje.
Potowa rosa na zamszowych ścianach dancefloorow.
Dźwięk dochodzący do wnętrza. Dźwięk unoszący brwi.
Blask spływający po parkietach, czerwone dywany ze szkła.
Wszystkie te ostatnie oddechy, licząc kroki, żeby nie usnąć.
Wszystkie te powroty nad ranem, marnotrawne.
Niosąc się do domu, który przez moment był.
Suchośc w gardle, włosy śmierdzące przedziałem 2 klasy.
I ktoś kto otwiera drzwi.
Stopy zapadające się w miękkim plażowym piachu, pogonie za latawcami.
Pogonie przy dopingu mew.
Motyle w oczach, motyle przelatujące między kolanami.
Kosze, parawany, słony oddech.
Wszystkie te neonowe, ruchome, żywe ściany.
Cyfrowe ciepłe kwiaty, lustrzane poręcze, srebrne aleje.
Potowa rosa na zamszowych ścianach dancefloorow.
Dźwięk dochodzący do wnętrza. Dźwięk unoszący brwi.
Blask spływający po parkietach, czerwone dywany ze szkła.
Wszystkie te ostatnie oddechy, licząc kroki, żeby nie usnąć.
Wszystkie te powroty nad ranem, marnotrawne.
Niosąc się do domu, który przez moment był.
Suchośc w gardle, włosy śmierdzące przedziałem 2 klasy.
I ktoś kto otwiera drzwi.
już
Wilgotna i nienażarta pochłaniam jaskrawość. Chłodem wyostrzam świty. Wycieram się o zmierzch. Ostatnie zdjęcie przed spadaniem. Otwarta przesłona i w dół.
Imię mam niechciane, mylą mnie z podmianą.
Twarz pomarszczona, sucha jak szorstkie kacie dłonie.
Pogubię niczyjość na wszystkie sposoby. Powiedz tylko "już".
Rozpadnę się talią wymiętych kart, w puste perony, w żelazne mgły. Na tory krwawiące mrozem.
Lokomotywy stygnące kamieniem i rdzą.
Zamarzają spocone, gdy mosty gną się i drżą.
Oplute łzy udają bursztyny, ktoś je na podeszwach przyniósł aż tu. Rozdeptane w psim gównie. Szary jest proch z nich.
Powiedz "już".
Porozrzucam siebie jak suchy chleb w trzewia gołębie, benzynowe.
Potem zobaczysz jak spadają, tłuste, jeszcze ciepłe, w oczy otwarte jak czarne dziury.
W matowe pustki pierzastych wydm. Resztki, z których się lepi dom.
Jestem tu resztą, którą się pomija. Z którą myli się tło
Matkuję przedłużonym rozstaniom.
Celebruję mit.
To świetna zabawa. Lepsza od drażnienia huśtawek. W środku nocy, gdy zima szczerbata gwiżdże.
Powiedz tylko "już".
Porwę latawce donikąd. Wytrącę je z dłoni pozbawionych drzwi.
Wraki zawyją z bólu. Chłostane wiatrem., Uwiję na nie bicze z fal.
Wyplotę powrozy z pustych sieci. A jachty plugawe spłoną.
Jestem nagła, ale skryta.
Uwieszona u jej powiek. Opleciona wokół jego serca.
Martwi są bardziej plastyczni od swoich wynalazków.
Powiedz tylko "już".
Imię mam niechciane, mylą mnie z podmianą.
Twarz pomarszczona, sucha jak szorstkie kacie dłonie.
Pogubię niczyjość na wszystkie sposoby. Powiedz tylko "już".
Rozpadnę się talią wymiętych kart, w puste perony, w żelazne mgły. Na tory krwawiące mrozem.
Lokomotywy stygnące kamieniem i rdzą.
Zamarzają spocone, gdy mosty gną się i drżą.
Oplute łzy udają bursztyny, ktoś je na podeszwach przyniósł aż tu. Rozdeptane w psim gównie. Szary jest proch z nich.
Powiedz "już".
Porozrzucam siebie jak suchy chleb w trzewia gołębie, benzynowe.
Potem zobaczysz jak spadają, tłuste, jeszcze ciepłe, w oczy otwarte jak czarne dziury.
W matowe pustki pierzastych wydm. Resztki, z których się lepi dom.
Jestem tu resztą, którą się pomija. Z którą myli się tło
Matkuję przedłużonym rozstaniom.
Celebruję mit.
To świetna zabawa. Lepsza od drażnienia huśtawek. W środku nocy, gdy zima szczerbata gwiżdże.
Powiedz tylko "już".
Porwę latawce donikąd. Wytrącę je z dłoni pozbawionych drzwi.
Wraki zawyją z bólu. Chłostane wiatrem., Uwiję na nie bicze z fal.
Wyplotę powrozy z pustych sieci. A jachty plugawe spłoną.
Jestem nagła, ale skryta.
Uwieszona u jej powiek. Opleciona wokół jego serca.
Martwi są bardziej plastyczni od swoich wynalazków.
Powiedz tylko "już".
komemoracja
Iskry znad głów, iskry w snach, pegazy na wykładzinie, pegazy na tapecie.
Dwa komplety pościeli, identyczne, w szare trzylistne koniczynki.
Satynowy dotyk czuły na prędkość ucieczki galaktyk.
Prześcieradła pamiętające ekspozję supernowej. Jeszcze raz. Jeszcze raz.
Pamięć udaje, że śpi. Mruży powieki, rozchyla usta, serce pompuje poza rytm.
I nic już nie stygnie. Nic.
Dziewczyna o granatowych oczach chłodzi uda na parapecie.
Dziurawe pończochy, blada czerń.
Szpilki niedbale rzucone pod kaloryfer.
Plejady włosów, kurz i róż.
Ambrozja, lete, mleko i miód.
Obraz chwieje się na moment.
Kołysze się w stiukowych drżących ramach .
Koliber tańczący w ddżu.
Dziewczyna o granatowych oczach złapała oddach i teraz lśni.
Ocieka nektarem z ulicy znajd, zapach ulotny znad powiek.
Zapach ulotny znad brwi.
Dwa komplety pościeli, identyczne, w szare trzylistne koniczynki.
Satynowy dotyk czuły na prędkość ucieczki galaktyk.
Prześcieradła pamiętające ekspozję supernowej. Jeszcze raz. Jeszcze raz.
Pamięć udaje, że śpi. Mruży powieki, rozchyla usta, serce pompuje poza rytm.
I nic już nie stygnie. Nic.
Dziewczyna o granatowych oczach chłodzi uda na parapecie.
Dziurawe pończochy, blada czerń.
Szpilki niedbale rzucone pod kaloryfer.
Plejady włosów, kurz i róż.
Ambrozja, lete, mleko i miód.
Obraz chwieje się na moment.
Kołysze się w stiukowych drżących ramach .
Koliber tańczący w ddżu.
Dziewczyna o granatowych oczach złapała oddach i teraz lśni.
Ocieka nektarem z ulicy znajd, zapach ulotny znad powiek.
Zapach ulotny znad brwi.
Śmiechy na klatkach schodowych. Śmiechy spod cudzych drzwi.
Gonitwy po piwnicach, zakurzone barykady.
Walki bokserskie o pas Oriona.
Drewniane, próchniejące morze, łańcuchy słonych fal.
Dziewicze kłódki, klucze pachnące rdzą i trawą.
Mandarynkowe kieszenie.
Okna w sypialni porywanej przez zimową powódź.
Framugi spoza wymiaru, amarantowy świt.
Dwa słońca, Krakowski Biały Prądnik. Za słodka kawa, papieros. Szczyt.
Jej granat oczu skrzy się w cień. Pajęcze strofy łamią kąty.
Sztalugi w rui, wyschnięte gwasze.
Ciężkie drzwi wyważane przez wiatr.
Szron na powiekach, śnieg w ustach.
Szadź na języku. Pomniki z mchu.
Gołoledź pod skronie, gołoledź we krwi.
Nie parzy już nic i nie lśni już nic.
Pogasły latarnie, zamarzły morza.
Oceany ciężkie od kier krwi.
Gonitwy po piwnicach, zakurzone barykady.
Walki bokserskie o pas Oriona.
Drewniane, próchniejące morze, łańcuchy słonych fal.
Dziewicze kłódki, klucze pachnące rdzą i trawą.
Mandarynkowe kieszenie.
Okna w sypialni porywanej przez zimową powódź.
Framugi spoza wymiaru, amarantowy świt.
Dwa słońca, Krakowski Biały Prądnik. Za słodka kawa, papieros. Szczyt.
Jej granat oczu skrzy się w cień. Pajęcze strofy łamią kąty.
Sztalugi w rui, wyschnięte gwasze.
Ciężkie drzwi wyważane przez wiatr.
Szron na powiekach, śnieg w ustach.
Szadź na języku. Pomniki z mchu.
Gołoledź pod skronie, gołoledź we krwi.
Nie parzy już nic i nie lśni już nic.
Pogasły latarnie, zamarzły morza.
Oceany ciężkie od kier krwi.